4. Psychotronika dla sportu

TEMPO”, nr 49, 1996 r.


PSYCHOTRONIKA DLA SPORTU


Prowadzę w Zamościu gabinet psychotroniczny, który nazwałem Szkołą Rozwoju Duchowego. W ramach mojej praktyki zgłębiam tajemnice podświadomości. Wnikam bardzo głęboko: analizuję przeżycia z łona matki, okołoporodowe, dziecięce, z dorosłego życia, a także - jeśli ktoś sobie życzy - z poprzednich wcieleń. Usuwam stamtąd to co negatywne, chorobotwórcze i w to miejsce wprowadzam treści pozytywne. Tak przeprogramowane wnętrze sprawia, że organizm sprawniej funkcjonuje. Ustępują różne choroby i skłonności do nich, nałogi, lęki (trema), kompleksy, zachowania aspołeczne, wady osobowości. Następuje rozwój jednostki we wszystkich możliwych odniesieniach, jak: zdrowie, siła, przemiana materii, dojrzałość emocjonalna, odmłodzenie, pamięć, szybkość reakcji, zdolność do przestrzennego widzenia, intuicja, poczucie pewności siebie.

Podstawowa metoda mojej pracy to medytacja z wizualizacją, wspomagana bioenergoterapeutycznie. W czasie seansów sięgam też do innych wymiarów, czasów i przestrzeni. Moje postępowanie terapeutyczne zawsze jest takie: uwolnić z podświadomości tyle negatywów, ile się tylko da. Dzięki temu moi pacjenci pozbywają się różnych chorób. W sporcie można to przełożyć na konkretny wynik. Tu liczy się każdy ułamek sekundy, każdy centymetr. To są konkretne rezerwy do podjęcia! Zakładam, że sportowiec poddany prezentowanej metodzie, powinien osiągnąć wynik przynajmniej o jedną klasę lepszy, a także znacząco skrócić okres dochodzenia do swoich największych możliwości. Często odnoszę wrażenie, że trenerzy traktują psychikę niczym dowódcy wojskowi. Tymczasem bardzo ważna jest tu podświadomość: rządzi się ona swoimi prawami. Jeśli poznamy te prawa i dostosujemy się do nich, wówczas osiągniemy wspaniały wynik. Jeśli natomiast będziemy podświadomości rozkazywać, to możemy spotkać się z oporem, niekiedy nawet w postaci nieuleczalnej choroby czy kontuzji.

Oto przykład. Przed kilku laty trafił do mnie II-ligowy piłkarz z niemożliwą do wyleczenia kontuzją kolana. Ponadto cierpiał na bezsenność. Praktycznie był już skreślony ze składu drużyny. Poświęciłem mu tylko kilka godzin. Wrócił na boisko i grał bez śladu tej kontuzji przez trzy lata. Na czym więc, od strony podświadomości, polegał problem? Otóż kolano reprezentuje upór, nieugiętość, silne ego. Trener każe zawodnikowi biegać za piłką wbrew jego podświadomej woli. Mało tego, zawodnik sam sobie każe biegać. Podświadomość buntuje się, kolana zapierają się, idzie do nich impuls: walcz, kop, nie pozwalaj. Niezrealizowanie tego impulsu powoduje, nie do wyleczenia, stan zapalny. W tym przypadku przestawiłem podświadomość z negacji na lubienie wysiłku sportowego. „Kontuzja” ustąpiła. Jak widać, nie miała ona jakiegokolwiek związku z przeciążeniem kolana. Twierdzę zatem, że jeśli podświadomość danego sportowca jest autentycznie zorientowana na radość sportu i pragnie ona sukcesu - a ten sportowiec ma talent! - to osiągnie on wspaniały wynik.

A teraz przytoczę przykład, gdzie kontuzja „sportowa” w ogóle nie miała związku ze sportem. Oto jednemu sportowcowi, w czasie robienia skłonu w przód, bezwiednie uginała się prawa noga w kolanie. Lekarz rozpoznał objaw Lasegue'a, zalecił hospitalizację i ewentualnie operację kręgosłupa. W czasie seansu ustaliłem i odreagowałem przyczynę tej dolegliwości. Porzuciła go narzeczona, a on miał podświadomą potrzebę skopania jej za to. Po seansie wstał on z leżanki i... wykonał prawidłowy skłon.

Przedstawię jeszcze przykład obrazujący, jak sportowiec może przyspieszyć swój rozwój, gdy uwolni się go od wewnętrznych blokad. Na początku 1991 roku, w sumie kilkanaście godzin, pracowałem z kolarzem Piotrem Szalą. Przed podjęciem współpracy ze mną nigdy nie osiągnął on - jak sam pisze - jakiegokolwiek sukcesu. Po seansach u mnie - w tym samym roku - zdobył na mistrzostwach Polski juniorów LZS dwa tytuły: mistrza w jeździe na czas i wicemistrza ze startu wspólnego. Dotąd cierpiał on na lęk przed zjazdami w górach (gdzie zawody te się odbyły), zjeżdżając serpentynami hamował. Był więc zagrożeniem, a nie kandydatem na zwycięzcę. W 1993 roku podjął naukę w wojskowej szkole chorążych i zakończył karierę sportową. Nie znalazł zasobnego klubu. Czy byłby wielkim sportowcem, gdyby miał odpowiednie warunki do treningu? Trudno powiedzieć. Ja przesunąłem Szalę z nic nie znaczącego sportowca na czołowego juniora Polski (4 miejsce w challengu PZKol. za rok 1991 wśród juniorów). Gdybym otrzymał do pracy znaczącego już sportowca Polski i przesunął go w rozwoju odpowiednio tyle co Szalę, to czy nie mógłby on być liczącym się w świecie? Zamiast stosować różne kary można im pomóc.

Chętnie podjąłbym się pracy z grupą sportowców, którzy mogliby pojechać na olimpiadę, ale że są już starsi, nieperspektywiczni, to po naukę nikt ich nie wyśle. Muszą być jednak dobrze wyszkoleni technicznie i wytrenowani. Jeśli wróciliby z medalami, znaczyłoby to, że moja metoda warta jest upowszechnienia. Wówczas może skorzystaliby z niej piłkarze, skazani już na niepowodzenie w eliminacjach do mistrzostw świata?


STANISŁAW KWASIK